Terminem "lewactwo" określano pierwotnie poglądy skrajnie lewicowe, co od początku było odbierane raczej negatywnie. Dzisiaj "lewakiem" jest już osoba, która myśli tylko odrobinę bardziej lewoskrętnie niż Janusz Korwin-Mikke. Jak to się stało, że w jednym terminie zmieściło się tyle pogardy? Dlaczego we współczesnym dyskursie nie funkcjonuje symetryczne określenie dla prawicowców? Dlaczego lewicowcy sami o sobie mówią, że są lewakami? Poniżej poszukuję odpowiedzi na te pytania.
Przyklejenie do określonego pojęcia warstwy emocjonalnej jest znaczącym sukcesem retorycznym. Wydaje się jednak, że trudniej i rzadziej dokonuje się prób pozytywnego wartościowania określonych etykiet, częściej mamy do czynienia z zohydzaniem nazw i sformułowań. Tego rodzaju działania są szczególnie popularne w języku prawicy, ale także, co obserwuję z przykrością, łatwo wnikają do dyskursu publicznego. Wystarczy wskazać na przykład nieco prześmiewczego i ironicznego sformułowania "masakrowanie lewaków". Choć przeciętny internauta może nie podzielać konserwatywnych przekonań, to doskonale sobie zdaje sprawę z tego, że lewactwem się w sieci pogardza, a lewaków masakruje. Cokolwiek to "masakrowanie" oznacza.
W sformułowaniach tego rodzaju kryje się potężny ładunek emocjonalny, co zauważalne jest w ekstremalnych epitetach i czasownikach. Zwróć uwagę na to, że lewaków się nie dyskredytuje, ośmiesza, czy nawet poniża, a rzadko zwalcza. Lewaków się tępi i masakruje, tym samym hiperbolizując pogardę bez wykorzystania jakichkolwiek merytorycznych argumentów. Lewaków SIĘ* tępi, bo tak trzeba.
Lewactwo nie kojarzy się przyjemnie, przywodzi na myśl robactwo (które także należy tępić) - "raz sierpem, raz młotem...", tak też jest językowo przedstawiane. Tymczasem prawak w języku właściwie funkcjonuje wyłącznie w kontraście do lewaka. Symptomatyczne jest choćby to, że systemowa korekta pisowni nie rozpoznaje słowa "prawak", z "lewakiem" jest już natomiast oswojona. Niewygodnie na języku układa się także słowo "prawactwo", które jednak nawet w tej formie nie konotuje wielu negatywnych emocji.
Sugerowaną odpowiedzią na pytanie o tenże stan rzeczy byłaby teza o zawłaszczaniu języka przez konserwatystów, a jednocześnie niezdolność lewej strony sceny politycznej do zarządzania dyskursem. Podobne do tej analizy występują przecież w tekstach naukowych, rezultaty tych badań nie przenikają jednak do języka potocznego.
Zaskakujące w świetle powyższych rozważań może być to, że lewicowcy chętnie posługują się terminem "lewak" wobec samych siebie. Z jednej strony może to być odebrane jako próba odczarowania pojęcia poprzez zatarcie negatywnych konotacji, z drugiej może być wyrazem akceptacji tej nomenlatury - pogodzenia się z losem pogardzanego lewaka.
Można zaryzykować opinię, że etykieta "lewak" na trwałe wniknęła w język potoczny, nie da się jej usunąć, trudno czymkolwiek zastąpić, a jeszcze trudniej zneutralizować negatywny wydźwięk słowa. W tej sytuacji należałoby co najwyżej skłonić odbiorców do refleksji nad tym, co w lewactwie jest takie złe i co zasługuje na masakrowanie. Bezrefleksyjne zachęcanie do tępienia lewaków (bo tak) nie przystoi racjonalnemu człowiekowi, jakim "prawak" chciałby się widzieć.
*SIĘ (das Man) to filozoficzna i socjologiczna koncepcja Heideggera wskazująca na istniejące w społeczeństwie przekonania o właściwym postępowaniu. Zaistniałe "się" pozwala na samousprawiedliwianie działań wskazując na zewnętrzny autorytet zgodnie z zasadą "tak SIĘ robi" bez konieczności zastanawiania się nad sesnownością czy źródłami danych zachowań.
